DZIEŃ DRUGI. Przepłynęliśmy 78 kilometrów województwa lubuskiego. Mało, bo dopiero poza granicami Dolnego Śląska spędzamy dużo czasu na zwiedzaniu. Jaki jest sekret? Dużo przystani, dzięki którym odkrywam urokliwe miasteczka i wioski.

Zabytkowy Głogów

Jedna z największych przyjemności podróży jachtem to pobudka na wodzie. Pierwszy poranek zastał mnie w Głogowie, gdzie nocowaliśmy przycumowani do burty statku „Laguna” (port jeszcze w budowie). Gdy wystawiłam głowę przez okno w dachu, świeciło słońce, a obok przepływała motorówka holująca pomosty. Sternik krzyknął, że płynie do kajakarzy, którzy dzisiaj mają w okolicy spływ.

Zanim popłyniemy dalej, chcę jeszcze zobaczyć Głogów. Zabytków wcale nie trzeba tutaj szukać, bo widać je na każdym kroku: ruiny kościoła św. Mikołaja, zamek książąt głogowskich czy fragmenty murów miejskich. Wrażenie robią też pozostałości XIII-wiecznych sukiennic, ukryte za szklanym kloszem.

Gdy wracam, na pokładzie „Laguny” czeka na mnie kawa. Od kapitana statku Marka Krystka i załogantki Hanny Prałat dowiaduję się, że na tę jednostkę i jej bliźniaka „Zefira” zrzuciło się dziewięć samorządów, od Bytomia Odrzańskiego po Kostrzyn nad Odrą. Teraz wszystkie partycypują w utrzymanie statków, razem z Głogowem, który chciał dołączyć do lubuskiej inwestycji.

Z takim rozwiązaniem jest jeden problem: statki pływają tylko przez tydzień w rejonie jednego miasta, po czym się przenoszą. Bywa, że zanim mieszkańcy zorientują się, że statek u nich jest, to już odpływa. Ale chętnych i tak nie brakuje. W ciepłe dni statki pływają pełne, a w tygodniu ruch zapewniają zorganizowane wycieczki, od szkolnych po takie rezerwowane przez grupy z zagranicy.

Magiczny Bytom

Na przystani w Bytomiu Odrzańskim podziwiam pięknie uporządkowane nabrzeże i wysoką skarpę, z której na marinę prowadzą schodki. Część miejsc do cumowania zarezerwowana jest tu tylko dla mieszkańców okolicy. Pan Marian, którego spotykam na spacerze z synem Filipem, mówi, że wcześniej nad Odrę nie było po co przychodzić, bo były tu tylko krzaki. A teraz każdy, kto tu przypływa, chwali, że tak tu pięknie.

Pan Marian opowiada, że przy okazji budowy portu odremontowane zostało tu tzw. molo, pozostałość po starym, kiedyś niemal kilometrowym moście nad Odrą. Pod koniec wojny spalili go jednak niemieccy żołnierze. Dzisiaj reszta konstrukcji służy jako fantastyczny deptak, z którego rozpościera się widok na rzekę i przystań.

Zachwyca także centrum wioski, zwłaszcza kameralny i niezwykle urokliwy rynek oraz zabytkowe kamieniczki. Wydaje się, że czas się tu zatrzymał i nie chce się tego miejsca opuszczać. Myślę, że o wiosce opowiem jeszcze wielu ludziom, których spotkam podczas rejsu i po powrocie do Wrocławia. A nigdy bym nawet nie wiedziała o istnieniu Bytomia, gdyby nie przystań.

Nowa Sól ma Tyszkiewicza

Miasto ma piękną i nieźle wyposażoną marinę – jest dostęp m.in. do prądu, wody i prysznica. Są tu też miejsca noclegowe i przestrzeń na rozbicie namiotu. W porcie spotyka mnie wiceprezydent Nowej Soli Jacek Milewski i pokazuje jeszcze inne atrakcje nad Odrą: park krasnala z największym gnomem na świecie i niewielkim zoo, a także skatepark, który jest jeszcze rozbudowany, ale już teraz wygląda jak raj dla rowerzystów i rolkarzy.

Wiceprezydent opowiada, że nowosolska marina, zbudowana 10 lat temu, była w województwie jedną z pierwszych. Ale życie na Odrze naprawdę tu wróciło, gdy za sprawą prezydenta miasta Vadima Tyszkiewicza w województwie powstała ich cała sieć. To on przekonał wielu innych samorządowców, by budować nad Odrą mariny, i efekty widać jak na dłoni: na 200 km rzeki w tym sezonie będzie działało już 15 przystani. Wokół wielu z nich już gromadzą się przedsiębiorcy, którzy chcą zarobić na turystyce.

Zastanawiam się, czy może na Dolnym Śląsku, który może się pochwalić zaledwie jednym miejskim portem, samorządowców zniechęcają koszty utrzymania portów? Milewski zapewnia, że to nie są dobre wytłumaczenia, bo rzeka to jeden z największych atutów regionu. – Nie szkoda nam pieniędzy na Odrę. Mieszkańcy zasługują na miejsce, gdzie mogą wypocząć – przekonuje Milewski. – Próbowaliśmy przekonać prezydenta Wrocławia do tego, by włączył się we współpracę z nami. Ale nie udało się. Dolny Śląsk nie ma jeszcze swojego Tyszkiewicza.

Sielskie Cigacice

Wieczorem dopływamy do Cigacic, przed wojną kurortu turystycznego i słynnego uzdrowiska, teraz spokojnej wioski z mniej niż tysiącem mieszkańców. Gdy docieramy do przystani, z daleka widać tylko pomosty na kilka jednostek i malutką bosmankę. Ale parę kroków dalej, już w zatoce po drugiej stronie cypla, znajduje się duży port dla 40 statków, z dostępem do prądu, wody i prysznica.

Potem dowiedziałam się, że przystań stworzyło i dotąd utrzymuje ze składek kilku mieszkańców już od 15 lat. Natomiast port obok to inwestycja gminy Sulechów, opłacona z dotacji unijnej. Wiesław Jaroszomek, gospodarz przystani, tłumaczy mi, że obie mariny współpracują ze sobą. Cumujący na przystani wodniacy mogą korzystać z toalet i pryszniców w porcie, a z kolei klienci portu mogą korzystać z zielonego terenu nad samą wodą, gdzie przygotowane są miejsca na ognisko i grilla, a także boisko do siatkówki. Chcę tu przyjść z kocem i nie ruszać się z miejsca. – Jak jest ciepło, to jest tu pełno ludzi. I w ogóle nasi mieszkańcy lubią pływać najbardziej w regionie. Nigdzie nie mają tyle własnych łódek co tu – twierdzi Jaroszomek.

Jedna z zacumowanych tu jednostek należy do Zbigniewa Kochańskiego, szefa przystani. Wodniak z niesmakiem wspomina rejs jachtem do Wrocławia: najpierw nie mógł znaleźć miejsca do cumowania, a potem został uwięziony w mieście, przed bramą śluzy, bo śluzowy pracował tylko do godz. 16 i nie było się jak przeprawić. – Wrocław z wody jest przepiękny, ale miasto jest zupełnie nieprzystępne dla wodniaków. Do tego warunki poniżej Brzegu Dolnego są tragiczne. Cały ten odcinek Odry aż do Głogowa jest jałowy, bo pływa się trudno i nawet nie ma się za bardzo gdzie zatrzymać – mówi.

Wino

Tego wieczora przystań odwiedziła rodzina Fedorowiczów, zajmująca się w okolicy uprawą winorośli i produkcją wina. Kilka butelek przywieźli właśnie braciom Piotrowi i Tomaszowi Włochom, właścicielom dwóch cumujących tu galarów. Wodniacy podają je podczas prowadzonych przez nich turystycznych rejsów na pobliskiej Obrzycy, biegnącej przy polach winorośli.

Wszyscy od razu chcą wina spróbować, a jak wiadomo, nigdzie nie będzie smakowało lepiej niż na Odrze o zachodzie słońca, na pokładzie galara. Włosi zapraszają mnie na ten rejs i pływamy do zmroku.

– Kiedyś w tym rejonie winorośle były uprawiane na niemal 4 tys. hektarów, najwięcej w okolicy Zielonej Góry i Łazu – opowiada mi Krzysztof Fedorowicz. – Produkowało się tu nawet jednego z najlepszych szampanów w Europie. Ale Sowieci woleli wódkę, więc zaorali te pola i posadzili ziemniaki i żyto. Teraz wracamy do tradycji winiarskich – mówi.

Tej nocy idę spać późno, bo niemal do rana trwa tu impreza przy ognisku – mieszkańcy świętują spotkanie klasowe po kilkudziesięciu latach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor tekstu: Edyta Bryła
Zdjęcia: Edyta Bryła